I will always by your side: Rozdział II
Zaraz po tym do szkoły przyjechała pani McCrerey. Po długiej rozmowie z nauczycielem, zabrała syna do domu. Tomy był w stanie fatalnym. Nie było go w szkole ponad tydzień. W tym czasie rany Louisa, przede wszystkim te mentalne, goiły się zbyt wolno. Martwił się o przyjaciela, ale nie był w stanie w jakikolwiek sposób się z nim skontaktować. Był zły na Deana, który pozwolił na taki obrót sprawy. Po kilku dniach, gdy ochłonął po minionej bójce, zdecydował się na bezpośrednią konfrontację z chłopakiem, który był współwinowajcą napaści na Tommy’ego. Szedł do niego z nastawieniem: nie wywiniesz mi się bez szwanku.
Louis nie nienawidził go. Starał się zrozumieć, dlaczego Tomy jest w niego zapatrzony. Przez to nie potrafił powiedzieć, że Dean jest definitywnie złym człowiekiem.
Podszedł do ich stolika.
- Dean, potrzebuję z Tobą porozmawiać. – powiedział cichym, ale pewnym głosem. Wiedział, że nie będzie łatwo.
Szatyn uśmiechnął się lekceważąco, unosząc jeden kącik ust. Nawet o minimetr nie zmienił swojej pozycji. Nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Dean – był zbyt wyniosły.
- Na osobności. Chodź ze mną. – nie wydawało się, jakby Louis miał odpuścić, mimo iż był ignorowany.
Ostatecznie niczego nie wskórał. Przerwa dobiegła końca, a on najzwyczajniej w świecie został ośmieszony. Ale nie da się sprowokować. Nie tego nauczyła go matka.
- Dean, musimy pogadać. – był nieustępliwy – Co to miało znaczyć? Co z Tommy’m? Przecież nie może Cię to nie interesować. Jesteście braćmi. – zaakcentował ostatnie ze słów.
Mimo bardzo aroganckiego podejścia swojego rozmówcy, był pełen nadziei i wiary w normalną rozmowę, lecz Dean jedynie prychnął. Przechodząc obok, potrącił go ramieniem i odszedł.
- Dean! Dlaczego mógłbyś ze mną porozmawiać?! – krzyknął za nim – Znajdź ten jeden powód i porozmawiaj ze mną!
Założył sweter, życzył sobie powodzenia i wyszedł z domu, modląc się, by tym razem coś wskórał.
- 30 sekund, słoneczko. Później radziłbym Ci uciekać.
Spojrzenie Deana parzyło. Louis był pod ogromną presją. W jego spojrzeniu dostrzegał tę wyższość, zaczął rozumieć wszystkie plotki, stały się nagle realne. Wyższość nad Tobą – to czuł Dean? Jakim prawem mógł oceniać Twoją wartość?
Mimo tego brzemiennego spojrzenia, chcącego zdeterminować cały świat, odpowiedział ze swoją pewnością.
- Stoi.
Ku zdziwieniu wszystkich obecnych, obydwoje poszli na stronę.
- Dlaczego? Wytłumacz mi. Co takiego między Wami się zdarzyło? Jak możecie z tym skończyć? Dean – chwycił go za rękaw kurtki swoją drobną dłonią. Patrzył się wprost w te demoniczne oczyska, których bała się cała szkoła, swoimi dużymi, okrągłymi oczami, z całą nadzieją, jaką w sobie ma, wyczekiwał odpowiedzi. Musiał wiedzieć. Po prostu musiał. – Naprawdę mi zależy.
Znów się zaśmiał.
- Musisz być głupi, skoro sądzisz, że Ci powiem.
- Znaczy, że jest coś, co można zrobić. – powiedział dobitnie - Dean, nie musi tak być. – uśmiechnął się delikatnie, dla niego, szczerze.
- Liczę do trzech i ma Cię tutaj nie być. Raz… dwa…
- Pomyśl nad tym. Pomyśl o sobie. I o kochającym Cię bracie. – minął go z podniesioną głową, chcąc ukryć złe samopoczucie. Był przybity. Wzrok Deana był naprawdę trudny do wytrzymania. Mimo wszystko, nie potrafił go sklasyfikować. Odczuwał podwójny smutek. Ale nadal: co z Tommy’m?
Dla Louisa rodzina była czymś wyjątkowym. Na dobrą sprawę nigdy nie składała się z większej ilości członków niż dwóch – on i mama. Po śmierci matki przechodził naprawdę okropne chwile. Dlatego tak bardzo odczuwał brak bliskości z inną osobą i nie chciał zaakceptować sytuacji McCrerey'ich.
*
Na przerwie lunchowej, po dość długich poszukiwaniach, znalazł delikwenta na dworze. Okupował jeden ze stolików wraz ze swoją paczką. Dean był wysokim i dobrze zbudowanym chłopakiem. Wcale nie wyglądał na swój wiek (, tak samo jak Louis – ale w drugą stronę). W skórach, z widocznymi tatuażami i nieprzyjemnym spojrzeniem szufladkującym Cię, zanim się przedstawisz. Drwiący uśmieszek i zgraja facetów, którzy zdolni są wykonać każde jego polecenie na pstryknięcie palca.Louis nie nienawidził go. Starał się zrozumieć, dlaczego Tomy jest w niego zapatrzony. Przez to nie potrafił powiedzieć, że Dean jest definitywnie złym człowiekiem.
Podszedł do ich stolika.
- Dean, potrzebuję z Tobą porozmawiać. – powiedział cichym, ale pewnym głosem. Wiedział, że nie będzie łatwo.
Szatyn uśmiechnął się lekceważąco, unosząc jeden kącik ust. Nawet o minimetr nie zmienił swojej pozycji. Nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Dean – był zbyt wyniosły.
- Na osobności. Chodź ze mną. – nie wydawało się, jakby Louis miał odpuścić, mimo iż był ignorowany.
Ostatecznie niczego nie wskórał. Przerwa dobiegła końca, a on najzwyczajniej w świecie został ośmieszony. Ale nie da się sprowokować. Nie tego nauczyła go matka.
*
Mimo wszystkich starań, jakie włożył w porozumienie się z Deanem, każde z jego słów zostało zlekceważone przez starszego z braci McCrerey. Nie potrafił mu tego od tak wybaczyć. Traktował to jak swego rodzaju zdradę – porzucić brata podczas gdy ten został pobity przez znajomych. Nie do końca rozumiał relację, która łączyła obu braci. Tommy był zupełnym przeciwieństwem Deana, był przez niego prześladowany, ale mimo to uważał, że jego starszy brat jest kimś naprawdę wspaniałym. Czy Tommy był głupi? A może to Louis czegoś nie dostrzegał?
*
Na pewnej przerwie zagrodził mu przejście.- Dean, musimy pogadać. – był nieustępliwy – Co to miało znaczyć? Co z Tommy’m? Przecież nie może Cię to nie interesować. Jesteście braćmi. – zaakcentował ostatnie ze słów.
Mimo bardzo aroganckiego podejścia swojego rozmówcy, był pełen nadziei i wiary w normalną rozmowę, lecz Dean jedynie prychnął. Przechodząc obok, potrącił go ramieniem i odszedł.
- Dean! Dlaczego mógłbyś ze mną porozmawiać?! – krzyknął za nim – Znajdź ten jeden powód i porozmawiaj ze mną!
*
Następnego dnia, już od rana szykował się do rozmowy z Deanem. Louis był upierdliwy i był lojalny, ale najważniejsza cecha, którą odziedziczył po matce była opiekuńczość. Nie pozwoli bezkarnie krzywdzić jego najbliższych. Jednocześnie nieco rozumiał możliwość zaistnienia sytuacji Tommy’ego. Również był prześladowany, jednak on – przez swoją przyrodnią siostrę. Dokładnie wiedział, dlaczego dziewczyna dopuszczała się tych szkolnych psot jak kubeł z zimną wodą, brudną wodą, maziami, plotkami i wiele, wiele innych, o których chciałby czym prędzej zapomnieć. Nie chował do niej urazy. Był intruzem w tej rodzinie. Wiedział o tym.Założył sweter, życzył sobie powodzenia i wyszedł z domu, modląc się, by tym razem coś wskórał.
*
Dzisiejsza próba nawiązania kontaktu zaczęła się podobnie. Dean, jego korowód, a naprzeciw Louis. Ale nie przebiegła standardowo. Dean nachylił się do niego i z uśmieszkiem na ustach powiedział:- 30 sekund, słoneczko. Później radziłbym Ci uciekać.
Spojrzenie Deana parzyło. Louis był pod ogromną presją. W jego spojrzeniu dostrzegał tę wyższość, zaczął rozumieć wszystkie plotki, stały się nagle realne. Wyższość nad Tobą – to czuł Dean? Jakim prawem mógł oceniać Twoją wartość?
Mimo tego brzemiennego spojrzenia, chcącego zdeterminować cały świat, odpowiedział ze swoją pewnością.
- Stoi.
Ku zdziwieniu wszystkich obecnych, obydwoje poszli na stronę.
- Dlaczego? Wytłumacz mi. Co takiego między Wami się zdarzyło? Jak możecie z tym skończyć? Dean – chwycił go za rękaw kurtki swoją drobną dłonią. Patrzył się wprost w te demoniczne oczyska, których bała się cała szkoła, swoimi dużymi, okrągłymi oczami, z całą nadzieją, jaką w sobie ma, wyczekiwał odpowiedzi. Musiał wiedzieć. Po prostu musiał. – Naprawdę mi zależy.
Znów się zaśmiał.
- Musisz być głupi, skoro sądzisz, że Ci powiem.
- Znaczy, że jest coś, co można zrobić. – powiedział dobitnie - Dean, nie musi tak być. – uśmiechnął się delikatnie, dla niego, szczerze.
- Liczę do trzech i ma Cię tutaj nie być. Raz… dwa…
- Pomyśl nad tym. Pomyśl o sobie. I o kochającym Cię bracie. – minął go z podniesioną głową, chcąc ukryć złe samopoczucie. Był przybity. Wzrok Deana był naprawdę trudny do wytrzymania. Mimo wszystko, nie potrafił go sklasyfikować. Odczuwał podwójny smutek. Ale nadal: co z Tommy’m?
*
Dzień mijał zbyt wolno. Lekcje w szkole dłużyły się w związku z czym wydłużał się czas, podczas którego Louis myślał o nich obu. Zamartwiając się o stan młodszego i serce drugiego.Dla Louisa rodzina była czymś wyjątkowym. Na dobrą sprawę nigdy nie składała się z większej ilości członków niż dwóch – on i mama. Po śmierci matki przechodził naprawdę okropne chwile. Dlatego tak bardzo odczuwał brak bliskości z inną osobą i nie chciał zaakceptować sytuacji McCrerey'ich.
.
Nie pamiętam, co tu robię.
Tonę w potoku słów.
Nie pamiętam już, które z nich były
r z e c z y w i s t e .
Komentarze
Prześlij komentarz