Maski: Rozdział I

Wiem, że wszyscy nosimy maski.
Czy jest grzechem, kiedy choć myślę o jej ściągnięciu?
Lecz skoro cały świat został już dawno potępiony...

czy mogę pozwolić sobie na jeszcze jedno bezeceństwo?

***
                    To był zwyczajny dzień we wsi. Każdy pracował, a po pracy przychodził czas na odpoczynek. Tak mała miejscowość tętniła życiem na poszczególnych połaciach ziem należących do rodzin majętniejszych w ciągu dnia, lecz wieczorem starsza część populacji kładła się spać, dorośli czasem odwiedzali się w domostwach, ułożywszy do snu swoje dziatki, za to młodzież zaczynała żyć – po obfitej z reguły pracy, spotykali się na obrzeżach lasu, pod domem rówieśników, albo pod wierzbą niedaleko przystanku.
                    Tego wieczora John nie miał ochoty zarywać nocki, łażąc i wygłupiając się ze znajomymi. Nie wiedział, dlaczego, ale czuł, jakby coś w nim mówiło mu, żeby tym razem wrócił wcześniej. Także zbliżała się godzina 23., o której z reguły na prowizorycznym przystanku zwanym „Wierzbową” powinien pojawić się autobus. Już jest. Chłopak ujrzał, jak ktoś z niego wysiada. Na początku pomyślał, że postać nikogo mu nie przypomina, dlatego zaczął iść w kierunku wątłej sylwetki widocznej, stojącej pod wierzbą.
Będąc już na tyle blisko, by móc stwierdzić, że nie kojarzy wcale a wcale twarzy przybysza, postanowił się przywitać.
– Cze. – machnął ręką, dochodząc do chłop...ca – Kim jesteś? - między nimi nastała krótko trwająca chwila ciszy. John zrozumiawszy swój niegrzeczny ton, wytłumaczył – Miało być: jak się nazywasz. – wyciągnął dłoń w jego kierunku z łobuzerskim uśmiechem – Jestem John.



                    Nieznajomy na chwilę zamarł. Wyglądał na lekko zdziwionego. Przecież był tu obcy. Poczuł jakby kamień spadł mu z serca, chociaż nie dawał tego po sobie znać. Bez chwili namysłu przedstawił się, ściskając dłoń wysokiego rozmówcy.
x



- Timothy. Timothy Dalton. – odwzajemnił uśmiech.

                    Siła uścisku pokazywała jego pewność siebie, ale John poczuł miękką, delikatną dłoń, jakby nie skalaną dotychczas żadną pracą, za to zadbane i już lekko zmarznięte, niż pewnego siebie chłopaka. Uśmiechnął się w duchu, gdyż takich dłoni nie mają nawet okoliczne dziewczyny. Całkiem przyjemne, stwierdził jeszcze ciszej, zawstydzony samym swoim spostrzeżeniem. Nieznajomy wyrwał go z jego kontemplacji.

– Wiesz może, o której godzinie odjeżdża kolejny autobus?

– Najpierw powiedz mi, do kogo tu przyjechałeś. – z powrotem schował dłonie do kieszeni luźnych spodni. Obserwował go bardzo uważnie mimo półmroku panującej godziny. Strumienie księżycowego światła z trudem pokonywały zawiłe gałązki wierzby, bujające się na falach wiosennego wietrzyku.

                    Chłopcy byli zupełnie różni. Jeden wysoki o ciemnych blond włosach, krócej wygolonych po bokach, a na czubku głowy postawionymi, zapewne przeczesując żelem je do tyłu. Pod nimi znajdowało się mocne czoło z gęstymi, ciemnymi brwiami i równie męskim dużym nosem, zagiętym ku dołowi. Znajdował się on pomiędzy zielono-niebieskimi oczami, które bardzo intensywnie wpatrywały się teraz w niższego o co najmniej kilkanaście centymetrów chłopca o kruchej budowie. Przynajmniej tak wydawało się Johnowi, kiedy porównałby ją do swojej sylwetki – umięśnionej, wysokiej, z szerokimi barkami i długimi nogami. Timmy natomiast miał na głowie brązowe loki ścięte na grzybka. Jego uroda niczym nie przypominała urody blondyna. Niższy z chłopców – jak zauważył John – był bardzo szczupły, strzelił, że metr siedemdziesiąt, może więcej o kilka centymetrów. Zielone oczy błysnęły w świetle księżyca, takie spokojne i nie zmącone niepokojem, ale dzięki ciemnej obwódce dookoła źrenicy miały bardzo wyrazisty kształt. John dostrzegł w nich coś, czego nie potrafił nazwać słowami, ale poczuł to. Chłopak spojrzał na ten drobny lekko zadarty do góry nosek i pomyślał, że nowo poznany Timmy jest bardzo uroczy.

                    Niższy chłopak starał się naśladować wyższego, dlatego schował ręce w kieszenie bluzy i odpowiedział;

- Do nikogo nie przyjechałem. - przestąpił z nogi na nogę, delikatnie się odsuwając – Nie znam tu nikogo. Nawet nie do końca wiem, gdzie jestem. - dodał, rozglądając się dookoła.



- Chodź. - powiedział i kiwnął na niego głową, żeby poszedł za nim. Szedł spokojnie, nigdzie się nie spiesząc. Noc wydawała mu się teraz nad wyraz urokliwa, od kiedy go zobaczył. Wyglądał, jak mały króliczek, który zgubił się w lesie. - Chcesz przenocować u mnie? Skoro i tak nie masz, gdzie się podziać, to zostań u mnie. Możesz też liczyć na kolację, czy cokolwiek zechcesz. - nie miałby serca zostawić go tutaj samego, zresztą jego rodzina bardzo się ucieszy gościem, będzie jakimś urozmaiceniem do codziennego życia. Miał gorącą nadzieję, że chłopak przystanie na jego propozycję, mimo że przecież odpowiedź wydaje się przewidywalna i tak nie był pewien.

Timmy próbował wyrównać krok, co nie było łatwe, gdyż miał krótsze nogi. Po inicjatywie Johna od razu zrozumiał, że na hotel, motel lub inną, bardziej prywatną kwaterę nie ma co liczyć.

- Rodzina nie będzie miała nic przeciwko, że sprowadzasz do domu obcego w nocy?

- Śpią, poza tym, gdyby dziewczyny się obudziły, zagarnęłyby Cię od razu do siebie. - zaśmiał się pod nosem.

- Jestem padnięty – ziewnął – A właśnie. To gdzie jesteśmy?


- Na końcu świata. I to dosłownie. Daleko tu dokądkolwiek, mamy kilka rodzin na krzyż i dużo pracy. - zadarł głowę wysoko do góry i oglądał ciemne niebo z błyszczącymi gwiazdami, wyglądającymi jak rozsypany cukier. - Ale nie tak źle tutaj. Jest dużo tego, czego nie znajdziesz w największych i najbogatszych miastach. Choćby tak piękną noc.


- To prawda. - przyznał natychmiast i uniósł głowę, akurat przez niego sklepienie błysła krótko spadająca gwiazda. Wykrzyknął – Wow! Widziałeś?! - wręcz wzdrygnął się z podekscytowania. Ten obraz, mimo że tak zwyczajny, codzienny, był czymś dotąd nieznanym chłopcu. Zatrzymał się, złożył ręce jak do modlitwy i zamknął oczy. Bezdźwięcznie wypowiedział życzenie. Niezbyt szczęśliwe.

Uśmiechnął się pod nosem i poczekał na chłopaka, patrząc na jego ekscytację i radość. Przez myśl przeszło mu pytanie: „skąd urwał się ten chłopiec?”. Z drugiej zaś strony słusznie – radość z drobnych, codziennych uciech powinna być największa. Sprawia ona, że jesteśmy bardziej zadowoleni ze swojego życia – uśmiechając się.


- Chyba trafiłeś, dokąd zmierzałeś. - szepnął pod nosem blondyn.

Komentarze

  1. Przyjemnie się czyta, szkoda że tak krótko, z niecierpliwością czekam na kolejne części ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz